szkolne-przygody blog

Twój nowy blog


W czasie w którym Nicolas przeglądał gazety, czytał wywiady i artykuły. Kaoru starał się przebrnąć przez centrum Rzymu w jak najkrótszy sposób. Niestety nawet dla czarodzieja, było to problemem. Korki na wąskich uliczkach, brak świateł w kluczowych miejscach i wszędzie te małe motorki, które blokowały często część drogi albo zatrzymywały się w najbardziej niespodziewanym momencie. Kaoru mógł tu swobodnie posiadać samochód, gdyż takie autko jak Smart, można było prowadzić już od 16 roku życia. Tak więc Kaoru „mknął” przez ulice Rzymu jakieś 5km/h, wciąż spoglądając na zegarek, martwiąc się, że spóźni się do Nicolasa.

Po jakimś czasie, wywnioskował, że i tak się spóźni. Wysiadł więc z samochodu i zachował się jak prawdziwy włoch, zostawił go na środku jezdni i pobiegł czym prędzej w stronę domu. Było to jakże dziwne zachowanie, bo mógł sie deportować w każdej chwili, jednak w Rzymie nie było miejsca, żeby nie było setek tysięcy mugoli, ktorzy namiętnie fotografowali wszystko co ich otacza. Zaraz by się w porannej gezecie pojawił wywiad z osoba, która widziala znikającego chłopca przy Coloseum. Na takie niedociągniecia Kaoru nie mógł sobie pozwolić więc biegł ile sił w nogach, przepychając się przez tłumy wycieczek.

****************************

W tym czasie Nicolas siedział u siebie w domu i zastanawiał się o co w tym wszystkim może chodzić… Czytając coraz to kolejne wywiady i artykuły miał coraz gorsze przeczucie. Mimo to postanowił nie ruszać się z domu, siedział w swym fotelu i patrzył w ogień, który spokojnie tańczył w kominku. Co jakiś czas nerwowo spoglądał na zegar, a palcami zaczął wybijać nerwowy rytm na stosie gazet, które leżały mu na kolanach. Herbata, którą sobie zrobił wystygła już zupełnie i była niezdatna do picia. To czekanie bardzo go denerwowało, bo wiedział, że musiało się coś stać, gdyż Kaoru był bardzo punktualny. Nicolas jako starszy przyjaciel Kaoru często potrafił odgadnąć co się z nim dzieje, jedynie po widoku jego twarzy lub po tonacji jego głosu. Teraz go nie widział, ani nie słyszał, ale wiedział, że coś jest nie tak. Nie trzymając dalej was w napięciu powiem tyle, że niestety się nie pomylił…

****************************

Gdy Kaoru dobiegł do domu, tuż przed jego furtką stała kobieta. Nie wyglądała jakoś niebezpiecznie raczej normalnie, chodź coś w niej powodowało, że Kaoru odczuwal pewnego rodzaju niepokój. Była ona wysoką brunetką, o dużych niebieskich oczach z długimi zalotnie podkręconymi rzęsami. Miała na sobie długi płaszcz, ale nie taki jaki noszą czarodzieje, tylko taki zwykły czarny płaszcz. Zamek plaszcza był rozsuniety do połowy, pod spodem miała czerwoną koszulę zapinana na guziki i czarne jeansy. Nie były to ubrania zbyt wysokiej klasy i ogólnie kobieta była ubrana zbyt ciepło. On sam był tylko w koszuli i miał sweter, a ona była ubrana jakby panowały straszne mrozy. To chyba spowodowało ten lekki niepokój, Kaoru pomyślał, że kobieta jest nienormalna. Ładniej ujmując to, że nie jest o zdrowych zmysłach albo ma zaawansowaną schizofremię co i tak wychodzi na jedno.

Stał tak chwilkę kilka metrów przed nią, mrugnął tylko i kobieta szła w jego stronę. Nie wiedział o co mogło jej chodzić, gdyż nie odezwała się ani słowem. Chcial sięgnąć po różdżkę, ale uswiadomił sobie, że nie brał dziś torby bo miał wyjść tylko na miły obiad korzystając z tej ładnej pogody a nie walczyć z obłakaną kobietą. Przez chwilkę wyglądal na zdenerwowanego, bo czarodziej bez różdżki jest jak żołnierz bez karabinu w sumie nic nie może zdziałać. W końcu się opanował i popatrzył na nią, w jej oczach widział coś dziwnego jakby iskrę szaleństwa zmieszaną z płomyczkiem strachu. Podeszła do niego na tyle blisko, że słyszał co mówiła.

- Kochanie, tu jesteś. Tak się o ciebie martwiłam.- mówiła szeptem i jej słowa brzmiały prawdziwie. Kaoru zaczał odczuwać lęk, nie wiedział kim jest kobieta, ani jakie ma wobec niego zamiary. Ona podeszła jeszcze bliżej była może z 5 cm niższa od Kaoru i położyła mu rękę na ramieniu mówiąc: – Synu już myśleliśmy z tatą, że nie żyjesz?

Kaoru stał jakby nogi miał z ołowiu w ogole nie mógł się ruszyć, sam nie wiedział czemu. Patrzył ze smutkiem w oczy kobiety, która brała go pewnie omyłkowo za swoje dziecko, które pewnie straciła dawno temu. Postanowił jakoś pomóc tej zagubionej kobiecie, dając jej chwilę radości, postanowił udawać jej syna.

- Tak ja też się cieszę, że wróciłem.- powiedział, a ona przytuliła go do siebie, roniąc kilka łez, które wolniutko płynęły po jej zaczerwienionych policzkach. W końcu i on ją objął i gdy tylko to zrobił na plecach poczuł ukłucie jakby rożdżki.

- No Dubois ręcę do góry, Czarny Pan i tak już za długo czeka.- ktoś za jego plecami, wymówił to zdanie, a dwa bądź trzy inne głosy roześmiały się jak chórek. Kobieta wciąż go obejmowała, na co któryś z śmierciożerców, podszedł do niej od tyłu i pociągnął ją mocno za kołnierz. Kobieta wywróciła się na ziemie i sam Kaoru stwierdził, że wyglądała żałośnie w tym mocherowym płaszczu i staroświeckich butach.

- Kim ona jest?- zapytał dość głośno, mimo tego, że jego oprawcy stali tuż za jego plecami.

- Eeee tam jakaś obłąkana szlama, która od jakiś trzech dni błąka się wokół twojego domu, nie wiedząc nawet, że istnieje. Jacy ci mugole są durni.- powiedział mężczyzna, który przykładał mu różdżkę do pleców. – Edwin skończ z nią! – warknął na mężczyznę, który wywrócił kobietę. Kaoru nie widział jego twarzy bo był w masce, ale gdy tamten jakby mózg operacji zwrocił się do niego po imieniu Kaoru od razu wiedział z kim na do czynienia.

- Edwin Levy?- zapytał zaskoczony Kaoru powstrzymując parsknięcie śmiechem. – A coż się stało, że wrociłeś. Nie wstydzisz się chodzić po ulicach? – tym razem się zaśmiał, co było chyba wynikiem napięcia.

Edwin popatrzył na Kaoru, on dosłownie jakby poczuł jego wzrok na sobie, mimo maski Kaoru mógł dostrzec szaleństwo w oczach Edwina.

- Jestem dumny, że Czarny Pan przywrócił mnie do misji.- wyciagnął różdżkę, machnął nią i kobieta zamarła w bezruchu na wieki. Znając Edwina Kaoru wiedział, że nie poprzestanie na jej zabiciu, musiał się troche zabawić z ciałem szlamy.

- Edwin rób co masz robić tylko szybko!- wrzasnął na niego jakiś inny głos, gdzieś jakby z lewej strony od Kaoru. Edwin zaśmiał się histerycznym śmiechem i złapał kobietę na nogi i ciagnął ją tak po ziemi, gdy dotarł do drzewa które rosło niedaleko wylewitował ją na górę i przywiesił na linie za jedną nogę. Rożdżka w jego rękach była narzędziem tortur. Gdy skończył kobieta wisiała na gałęzi, do ktorej przymocowana była tylko za nogę liną, którą Edwin za pomocą zaklęcia Accio ukradł komuś, kto mieszkał w pobliżu. Podszedł zadowolony do Kaoru i z całej siły przyłożył mu pieścią w twarz mówiąc: – Pozdrowienia od mamusi! – wrzasnął i machnął różdżką. Kaoru poczuł ukłucie i jego ciężkie powieki opadły, a przed nim rozpościerała się ciemność.

************************

Gdy się ocknął znajdował się w dużym pomieszczeniu, gdy przyjrzał się dokładniej, był w jakimś salonie. Na przeciwko ujrzał komplet wypoczynkowy, dwa fotele i jedna dość duża jakby trzyosobowa sofa w kolorze zgniłej zieleni. Przed sofa stał niski stolik z ciemnego drewna, na którym leżały trzy zielone filiżanki o uchwytach w kształcie węża. Wygladało to tak jakby było dla kogoś przygotowane albo jakby już spotkanie się zakonczyło. Ściany pokrywała ochydna oliwkowo-srebrna tapeta z czerwonymi ornamentami w narożnikach. Aby jeszcze bardziej zniszczyć wnętrze i zaprowadzić w nim kompletny chaos na ścianach wisiały bardzo źle i niechlujnie namalowane obrazy przedstawiające martwą naturę czy jesienno-zimowe pejzarze leśne. Na lewo od Kaoru znajdował się kominek w którym palił się ogień, zaś po prawej stała jakaś średniowieczna zbroja. Kaoru zamiast myśleć o swoim złym położeniu w danym momencie zastanawiał się co za kretyn dekorował ten oto salon.

Gdy chciał się ruszyć, poczuł sznur zaciskający się wokół jego szyji.

- No bez jaj! Edwin kuźwa jakiś szacunek mi się należy! – wrzasnął zdenerwowany, gdyż poczuł się jak jakiś kundel przywiązany do kaloryfera.

Jakby na jego wezwanie weszło do środka trzech mężczyzn i tylko Edwin był bez maski, ci w maskach usiedli na fotelach, zaś Edwin podszedł do niego i nachylając się nad nim powiedział mu na ucho.

- Ukłoń się sukinsynu twój Pan idzie. – powiedział szeptem, a gdy Kaoru nie posłuchał, on z całej siły zaparł się obiema dłońmi o jego głowe i przynisnął ją do ziemi. Kaoru był zaskoczony jego siłą i tak mocno uderzył głowa w parkiet, że złamał nos. Krew zalała mu usta, poplamiła białą koszulę i parkiet. Nie jęknął tylko się skrzywił, po czym podniósł wzrok i na sofie dostrzegł Czarnego Pana.

- Dubois wstań jak do ciebie mówię!- warknął Voldemort.

Edwin szybko przeciął nożem sznur, który krępował ruchy Kaoru. Ten szybko wstał i na baczność niczym jak w wojsku stanął przed Lordem Voldemortem.

- Panie… – nie skończył bo Czarny Pan wszedł mu w słowo.

- Zamknij się Dubois! Nie chce słuchać tego twojego kłamliwego pierdolenia! Wiesz, czego ostatnio dowiedziałem się z tak durnej gazety jak „Prorok Codzienny„?- zapytał go z wściekłością w głosie. – Wiesz czy nie wiesz Dubois? – warknął znów na niego, a Edwin podszedł do niego i wymówił ciche Cruccio, a Kaoru już wygiął mieśnie twarzy w dziwny sposób, po czym Edwin zwiększył moc zaklęcia i Kaoru osunął się na parkiet.

- Dość Levy! – warknął Czarny Pan na swego sługę. Edwin skulił się w strachu przed gniewem swego Pana i odszedł od Kaoru. – No wstawaj Dubois! Szybciej! – krzyknął wściekły. – Tak więc dowiedziałem się, że zabiłeś naszych tylko po to aby uratować dwójkę jakiś szlamowatych bachorów! Jak śmiałeś ratować szlamy?! No jak! Odpowiadaj! – warknął na niego i wyciągnął własną różdżkę.

- Panie bo to tylko dzieci były. – powiedział spokojnie. – Po co zabijać dzieci? Stare szlamy to rozumiem, ale dzieci? – powiedział poważnym i pewnym tonem głosu.

- Co z tego kuźwa, że dzieci! Takie same szlamy jak ich starzy! – warknął i nie wymawiając nawet zaklęcia rzucił czymś w Kaoru. Salon wypełnił dźwięk jego krzyku i czerwone światło. Upadając na parkiet usłyszał śmiech Edwina, ale nie usłyszał aby Czarny Pan zezwolił mu na jakiś ruch, a mimo to dostał zaklęciem Cruccio z jego rożdżki. I wtedy się zaczęło!

- Który to?! – zagrzmiał Czarny Pan wstając z sofy. Dwaj mężczyźni wstali i cali trześli się na samą myśl o tym co może zrobić z nimi Lord Voldemort. – Levy to musiałeś być ty! Bo Dubois nawet się nie skrzywił. Tylko taki miernota jak ty wyrywa się nie proszony. A ja za nieposłuszeństwo karam!- wrzasnął na niego. Kaoru jak zobaczył wyraz twarzy Edwina, myślał że zaraz śmierciożerca się posika ze strachu albo rozpłacze. W sumie miał czego się bać, Czarny Pan nie przejmując się niczym zabił go, pokój rozświetliło zielone światło i Edwin padł martwy za sofą. Kaoru miał widok na jego głowe, która wystawała zza kanapy i mocno otwarte oczy przepełnione szaleństwem i strachem.

- Weźcie go i wynoście się! – zwrócił się do dwóch śmierciożerców i usiadł na kanapie. Oni nie dotkneli ciała Edwina tylko wylewitowali go z pokoju zamykając za soba drzwi. Teraz to Kaoru się bał, minął już chyba rok od czasu gdy znajdował sie sam na sam w jakims pomieszczeniu z Czarnym Panem. Ale wiedział, że Voldemort go nie zabije, gdyż był jego najmłodszym i najbardziej wybitnym sluga w tym wieku. Był po prostu cennym nabytkiem dla ciemnej strony.

- Tak więc Dubois, twoją nową misją będzie zabicie dwóch dorosłych szlam, jeśli uważasz że zabijanie dzieci tobie nie uchodzi! Rozumiemy się! – mowił teraz już spokojnym tonem. Nie było to pytanie tylko stwierdzenie i teraz Czarny Pan czekał na potwierdzenie.

- T-tak Panie. – powiedział dość powoli Kaoru zbierając się z ziemi. Zgadzając się wiedział, że będzie musiał coś wymyślić, aby nie zabijać tych mugoli, ale nad tym będzie myślał później.

Nagle poczuł przeszywający ból, który się natężał i natężał, stawał się coraz większy i większy… był silny więc przetrwał to. Gdy Czarny Pan odłożył różdżkę machnął na niego ręką. Kaoru zrozumiał, że może już deportować się gdzie tylko chce. Był słaby, a jego złamany nos pulsował bólem, ale skupił się na kamienicy Nicolasa i po chwili zniknął z salonu Samie-Wiecie-Kogo.

cdn….


Czy porzucenie szkoły było dobrym pomysłem? Czy zerwanie znajomości było dobre? Czy ucieczka od obowiązku była konieczna? Czy ranienie osób mu bliskich było słuszne? – te pytania dręczyły Kaoru już jakiś czas, ale problem polegał na tym, że zaczął zauważać pewne dysfunkcje w szkole do której chodził. Cały jej system i brak tego co było w niej na samym początku zaczął mu przeszkadzać i denerwować jednocześnie. Sam już nie wiedział, czego chce więc odszedł nie mówiąc nikomu ani słowa, co było chyba nie na miejscu. A jeśli chodzi o Iskierkę, było chamskie i prostackie z jego strony.

Teraz od jakiś kilku miesięcy jego życie wyglądało zupełnie inaczej. Na różdżkę kupił sobie taki specjalny futerał i zawsze trzymał ją na dnie torby na ramię lub skórzanej teczki. Pracuje ciężko, aby zarobić sobie na studia, które rozpoczął wcześniej. Tak na próbę go przyjęli, jest czymś w rodzaju wolnego słuchacza, który jak zda egzaminy to będzie mógł zacząć II rok już normalnie jak każdy inny student. Co weekand widzi się ze swoimi nowymi mugolskimi kolegami, na piwie lub drinku w jakieś miłej kawiarence na Piazza Navona z widokiem na piękne fontanny. I raz na jakiś czas za pomocą proszku Fiuu odwiedza Nicolasa, aby upewnić go, że żyje i cieszy się życiem. Kaoru jest teraz po prostu zapracowanym studentem z niesamowiatą przeszłością, za którą tęskni, ale nie pokazuje tego nikomu.

Czy Kaoru w coś wierzy? – teraz wierzy w równowagę w swoim życiu, cokolwiek miałoby to oznaczać…

- Nie! To niemożliwe! – Kaoru krzyknął do słuchwaki najnowszego modelu nokii.

- Uspokój się! To nic wielkiego. – starał się go przekonać Nicolas.

Jednak chyba Kaoru nie ma co liczyć, na równowagę w swoim życiu. Czy chce czy nie, ma przeszłość i to całkiem pomyloną jak na „zwykłego” nastolatka.

- Przecież ona nie może być moją matką! – znów wrzasnął i zaklął po włosku, a na Piazza di Spagna, jakaś para popatrzyła na niego krzywo.

- No oczywiście, że może. Przecież mówiłeś mi kiedyś, że była sługą Czarnego Pana, ale że zaginęła jakiś czas temu. Było to wtedy kiedy działałeś w tej organizacji czy zrzeszeniu z Ramzesem, Alexem i tym no takim… co się tak strasznie rządził. Jak mu było… a już wiem Travis. Wspominałeś, że ostatni raz widziano ją w Mediolanie. Pamiętasz? Tak mówiłeś. – mówił do niego spokojnym głosem, siedząc w dużym fotelu w kolorze dojrzałej nektarynki z nogami wyłożonymi na podnózku. Miał na sobie brzoskwiniowy welurowy szlafrok, spodnie od pidżamy w szaro-białą kratę i ciepłe wełniane skarpety.

- Nooo…- westchnął cicho w słuchawkę i usiadł przy stoliku w jednej z kawiarenek przy Schodach Hiszpańskich. Wyglądał elegancko i tak na około 22 lata, mimo swoich 17. Był ubrany w ciemne prawie czarne rurki, białą koszulę z rękawami 3/4 rozpięta na dwa pierwsze guziki, a na nią miał zarzucony nonszalancko czarny sweter w serek i oczywiście czarne skórzane lakierowane buty z lekkim noskiem. Wyglądał modnie co przyciągało uwagę kobiet, które mijały jego stolik.

- Coś tak zamilkł, męczy cię ta sprawa? – zapytał go Nico.

- W sumie to tak. A jak się w ogóle o tym dowiedziałeś? – zapytał go zmartwiony, kolega zamawiając w między czasie spaghetti carobonarę, coca-colę i espresso.

- No pisali o tym w Proroku Codziennym. – wyjaśnił po chwili, gdy usłyszał w słuchawce, że kelner przyjął już zamowienie i odszedł od stolika Kaoru.

- Co! Gdzie pisali? Od kiedy ty czytasz Proroka Codziennego? – wrzasnął oburzony. Przerażała go myśl, że jeśli Prorok o tym pisze, to znaczy, że wszyscy już wiedzą.

Parę osób ze stolików obok popatrzyło na niego, ale zaraz po chwili wrócili do swoich rozmów i spraw.

- Proroka czytam od zawsze i dalej sowy przynoszą mi prenumeratę. – uśmiechnął się na wspomnienie gdy jego sąsiad zauważył siedzącą na jego parapecie czarną sowę w biały dzień. – No Kaoru i oni tam pisali, że wyszła z Azkabanu i chce skontaktować się ze swoim synem. Jak mniemam chodzi tu o ciebie. – powiedział i zamilkł.

- No kuźwa a o kogo innego? No chyba, że ma jakiś innych synów o których ja nic nie wiem! – denerwował się coraz bardziej. – Nicooo ja chyba muszę ci coś powiedzieć, bo tu chyba chodzi o moje życie, które chyba nigdy fuck nie będzie w tej pieprzonej równowadze! – pierwszą cześć zdania powiedział cicho, a resztę coraz głośniej.

- Na brodę Merlina, o czym ty mówisz? Zdecydowanie za dużo słońca – jaka równowaga? – zapytał po czym skupił się na drugiej części wypowiedzi kumpla. – Dasz radę być u mnie za jakieś dwie godziny? – zapytał Nico wiedząc, że Kaoru je własnie swój włoski późny obiad.

- Ok. Za 2 godziny na Oxford Street. Ciao. – powiedział i zakończył rozmowę, a paru biznesmanów popatrzyło na Kaoru jak na wariata, no bo dla zwykłego nudnego mugola, pokonanie trasy Rzym – Londyn (ok.3500km) w jedyne 120 minut było czymś więcej niż marzenie, było to dla nich po prostu niewykonalne.

Kaoru wstał od stolika, połozył na śnieżno białej serwetce 20 euro i wyszedł z kawiarni. Teraz jego największym problemem było przebicie się przez miasto; godziny szczytu, korki, kolizje, stłuczki, światła, autobusy i turyści. Jak on zdąży w te półtorej godziny dojechać do domu?

***********************************************

W czasie gdy Kaoru przebijał się przez zakorkowane centrum Rzymu, Nicolas aby mu udowodnić, że odnalazł matkę wyszukiwał mu w różnych Prorokach i Żąglerach informacje o działaniu śmierciożerców na terenie Italii. Przegladał numer po numerze i co jakiś czas trafiał na dziwne, niewyjaśnione rzeczy – podejrzane fragmenty zdań: „nowy tajemniczy członek”, „jak Sami-Wiecie-Kto na to pozwolił”, „być może jest on dziedzicem zła”, „tajemniczy młodzieniec znów ukrywa się pod kapturem”. Nicolas w końcu stwierdził, że tak nie znajdzie, żadnych konkretnych informacji. Musiał wziąść się za to porządnie, więc wziął do ręki numer 72 Proroka Codziennego z czerwca 2009r. Na pierwszej stronie było załączone zdjęcie zwycięskiej drużyny Irlandczyków w quiddichu, na następnej jakieś bzdurne lanie wody Ministra Magii, a na trzeciej w ramce widniało zdjęcie młodego, dobrze zbudowanego chłopaka w długiej czarnej pelerynie w kapturze na głowie. Pod spodem znajdowała się notka;



Kim jest i czego po nim oczekuje Czarny Pan? – to pytanie zadają sobie pewnie rodzice tego chłopca, jeśli też nie są po jego stronie. Z tego co wiem z moich źródeł chłopiec ten jest smierciożerca juz jakiś czas – może dwa lata. Jego wygląd jest nam nieznany ponieważ wciąż ukrywa się pod kapturem. Zastanawiające jest też to, czemu nie używa maski jak inni słudzy Sami-Wiecie-Kogo. A może sobie na nią jeszcze nie zasłużył. Któż to może wiedzieć to są jedynie domysły, lecz fakty mówią same za siebie. Wczoraj w godzinach wieczornych ten oto młody człowiek ze zdjęcia zabił sam sześcioro śmierciożerców (B.Lavell, M.Crevoux, S.Gilbert, M.Martini i P.D.Sanchez – oto nazwiska zabitych. Jak dla mnie dziwna mieszanka nazwisk, to musiało być jakieś międzynarodowe spotkanie skoro byli na nim francuzi, włosi, hiszpanie i anglicy). Pośród nich było ciało kobiety, którą nazywała się Dubois.



Czy Sami-Wiecie-Kto zabije swego małoletniego sługę za ten wyczyn czy raczej zrobi go swoją prawą ręką? – o tym dowiemy sie w przyszłości”



                                                                                               Julia Moore



Nicolasa, aż zatkało bo zaczął rozumieć wybuch złości swojego przyjaciela. Wziął inny numer i na stronie 5 znalazł zdjęcie na którym był Kaoru, Ramzes i jakaś dziewczyna, wszyscy w trójkę stali przez bramą jakiejś dużej, kremowej kamienicy. A tytuł artykułu był następujący:



„Czy są oni poważnym zagrożeniem dla obecnego świata magii?”


Niżej był o nich krótki artykuł panny Moore, a pod spodem znajdowała sie wypowiedź samego Ministra Magii na ich temat.



„Nie można uważać trójki dzieci za zagrożenie dla świata magii, bo cóż oni mogą? Są tylko grupką nastolatków, którzy chcą zbawić świat po swojemu. Nie będę tu kłamał, ale jak na razie mają wiele sukcesów, dzięki nim lochy w Azkabanie zapełniają się szybko. Nie wiem co poza zbawieniem świata, kieruje tymi młodymi ludźmi, czy to jest chęć zemsty czy czegoś innego. Od jakiegoś czasu grupa ta posiada wybitnego czarodzieja, który jest uczniem Hogwartu. Miejmy nadzieje i trzymajmy za niego kciuki, aby pod wpływem sławy wyrósł na ludzi.”



                                                                                         Z MM rozmawiała J.Moore



- Zdecydowanie wyszedł na ludzi. – powiedział do siebie Nicolas i spojrzał na duży zegar z kurantem, który stał tuż przy samym kominku. – Kaoru się spóźnia. – stwierdził po chwili trochę zmartwiony. Cóż mogło go zatrzymać, wyrzuty sumienia czy może decyzja, że jednak nie powie mu prawdy.

Wstał z fotela podszedl do kominka, oparł się o niego i spojrzał w dół na stos gazet leżących pod jego stopami. W oczy rzuciło mu się zdjęcie szczęsliwej rodziny, siedzącej w przestronnym ogrodzie, gdzie dwóch synów bawiło się piłką, a rodzice siedzieli przy stole zajadając naleśniki. Ogród był naprawdę piękny. Stół był przykryty białym obrusem, na którym leżały cztery kremowe talerze, ozdobione delikatnym śleczkiem w formie łodygi z kwiatkami. Na środku stołu stał zielony dzban w białe kropki, a w nim był bukiet z stokrotek i maków. Trawa na której stał stół, była równo skoszona, a drzewa kwitnącej jabłoni otaczały ogród z trzech stron. Musiał tam być cudowny zapach kwiatów jabłoni. Szczęści jakie malowało się na twarzach tej rodziny sprawiało, że obrazek ten był idylliczny. Lecz gdy Nicolas przyjrzał się dokladniej ujrzał, że twarze dzieci były pokryte siniakami, a ojciec miał rękę w gipsie.

- Jaki czarodziej używa gipsu? – zapytał sam siebie Nicolas, pochylając się nad zdjęciem. Odpowiedź znalazł w tekście pod zdjęciem.



„Czy śmierciożercy mają duszę???”



Dnia 16 sierpnia 2009 roku, do domu państwa Davis włamało się dwóch śmierciożerców. W czasie włamania w domu był ojciec i jego dwóch synów Mark 6 lat i Ben 12 lat. Jak na atak na mugoli, śmierciożercy dziwnie się zachowywali. Najpierw pobili dzieci, a później rzucili na ojca zaklęcie Imperiusa, nie wiadomo z jakiej przyczyny. Co chcieli osiągnąć? Jaki dostali rozkazy? Tego nie wiadomo. Gdy mężczyzna się ocknął leżał na trawniku u sąsiadów, ze złamaną ręką – zupełnie nie pamiętając jak się tam znalazł. Najdziwniejsze było to, że jego dzieci zniknęły. Ojciec z matką nie widzieli swoich dzieci trzy dni, gdy nagle w cudowny sposób 19 sierpania 2009 roku pojawiły się w ogrodzie. Kto je tam zostawił lub kto je wyrwał z rąk śmierciożerców? – zaraz się państwo dowiedzą. Co działo się z chłopcami, przez te 3 dni, postaram sie państwu przekazać w krótkim wywiadzie z Benem Davisem.



Reporterka J.Moore: Witaj Ben, nazywam się Julia i chciałabym się Ciebie zapytać co działo się przez te 3 dni w sierpniu?



Ben Davis (12 lat): Dzień dobry. Tak opowiem o tym Pani, może chociaż Pani mi uwierzy. Uratował nas wtedy, mnie i mojego młodszego brata chłopak, który miał nie więcej niż 16 lat.



J.Moore: Jasne, że Ci uwierzę. A czyli był starszy od ciebie?



B.Davis: Tak. Ale on nie zachowywał się jak dziecko. Był taki poważny i … Nigdy nie widziałem jego twarzy… nawet nie wiem jak miał na imię… A wtedy gdy to się zaczęło… te światła.


Tu chłopiec zaczął opowiadać o rzeczach wyrwanych z kontekstu, był też zdenerwowany.



J.Moore: Ben spokojnie, mozesz mi wszystko powiedzieć, nikt wam już nie zrobi krzywdy. Opowiedz wszystko po kolei, dobrze?



B.Davis: Dobrze. Gdy tato spadł ze schodów, zaczął udawać kurczaka i biegac po domu jak wariat. Oni ci mężczyźni zaśmiweali się do łez, a Mark zaczął płakać, wtedy chwycili nas za ręce i stało się coś dziwnego – w jednej sekundzie byliśmy we Włoszech. Uwierzy w to Pani, wiem, że to brzmi dziwnie, wręcz nienormalnie, ale ja wiem że tak właśnie było. Byliśmy w Rzymie, znam to miasto bo byłem tam ze szkołą na wycieczce. Było gorąco Mark caly czas plakał, a my szliśmy jakimiś uliczkami. Przy takim dziwnym starym domu zatrzymalismy się i nie weszliśmy na klatkę schodową tylko tylnimi drzwiami do piwnic. I tam oni witali się z pozostałymi dwoma mężczyznami. Posadzili nas pod ścianą posadzka była bardzo zimna, potem salę wypełniło czerwone światło i to tak bolało. Mark zawył, a ja chwyciłem go mocno za rekę, ale to nic nie dało, bo podszedł do mnie mężczyzna i wyrwał mi go jakby ten był nic nie ważącą szmacianą lalką. Tak bardzo sie bałem, ale nie miałem szans, przeciwko tym czterem dorosłym panom. I wtedy ten co trzymał Marka rzekł „zabijmy go”. Nie wiedziałem co mam zrobić, strach sparaliżował mi nogi, w ogóle nie mogłem sie ruszyć.



Myślałem, że to już koniec, kiedy wszedł on, wyglądał jak oni, nawet miał taki sam tatułaż na ręce, ale wytrącił jednemu ten patyk z ręki, wygladało to jak różdżka z bajek o czarodziejach, ale oni przecież nie istnieją. Inni podbiegli do niego, on wtedy osłonił Marka własnym ciałem i tylko słyszałem jego jęk, a salę wypełniły zielono-czerwone światła. W oka mgnieniu podszedł do mnie, a tamci mężczyźni leżeli bez życia na tej zimnej posadzce. Nie zważając na nic, wziął Marka na barana a mnie wziął za rękę i poszliśmy do hotelu. Był chyba pięcio gwiazdkowy, przez dwa dni jedliśmy co chcieliśmy, oglądaliśmy filmy i bajki Disney’a, a on wciąż siedział w fotelu i czuwał nad nami. W końcu 19 sierpnia podszedł do mnie i po raz pierwszy do mnie przemówił; „Ben opiekuj się bratem, a ja obiecuję Ci, że już nigdy nic złego wam się nie stanie. Dbaj o niego.” Nieprzedstawił się, ale miał bardzo miły głos i mówił do nas z troską w głosie, jakby się o nas martwił, mimo, że był jednym z nich.



„Czas wracać do rodziców. Pewnie się o was strasznie martwią” – tak powiedział i wstał z fotela. Był ranny widziałem, jak fotel nasiąkł krwią tak jak jego peleryna.



„Ty krwawisz” – powiedziałem mu.



„Mną się nie przejmuj. Dobrze, że wam nic poważnego nie zrobili” – tak mi odpowiedział, po czym wziął nas za ręce i już po sekundzie, staliśmy w trójkę w naszym ogrodzie. Mark od razu krzyknął do naszego nieznajomego wybawiciela „Dziekuję” i pobiegł do domu. Ja również chciałem mu podziękować, ale gdy się obróciłem jego już nie było. Zniknął.



J.Moore: To wygląda na to, że mieliście szczęście. Dziekuję Ci bardzo za tą szczerą opowieść.



B.Davis: Zniknął zanim zdążyłem powiedzieć „dziękuję”. Będę o niego dbał obiecuję.


To chłopiec powiedział na koniec. Dziwne nie sądzicie? Czy dobrze robimy, że wkladamy wszystkich śmeirciożerców do jednego worka? Ten który uratował chłopaców, napewno był tym dobrym? Ale czy istnieją dobrzy śmierciożercy? Może tak, a może nie… wszystko okaże się w przyszłości”

                                                                                                                 Julia Moore


Nicolas teraz juz wszystko wiedział i zaczynał bać się o przyjaciela. Spóźniał się już całą godzinę to do niego nie podobne… Kim jest więc osoba co podaje się za jego matkę? Kto znów czycha na jego życie? Dlaczego nie może żyć jak normalny nastolatek? – nad tym wszystkim zastanawiał się Nicolas, czakając na Kaoru w swoim salonie na Oxford Street.




cdn…


Myślał, że wszystko się skończyło, że umrze w wieku 17 lat. Już nie raz spodziewał się śmierci więc jakoś bardzo go nie przerażała. Ale wcześniej nie miał kogoś takiego jak Iskierka. Kogoś kogo kochał nad życie. Wiedział, że jego śmierć spowodowałaby fale łez i smutek w jej sercu. A za nic na świecie nie chciał jej krzywdzić, zdecydował się wyjść z tej sytuacji dla niej. Tak więc zanim Voldemot zdąrzył dokończyć, owe zaklęcie które zakończyło by jego życie. Stało się parę, może dla otoczenia nie zbyt ważnych rzeczy, ale Kaoru potrafił je świetnie wykorzystać. Bill i Andrew (śmierciorzercy, którzy trzymali go w mocnym uścisku za obie rece), lekko poluzowali uchwyt, a Max, który zajmował się tym, aby nikt nie mogł deportować się do lub z tego miejsca, strasznie się nudził i przestał być skupiony. Zaczął podziwiać piękny księżyc na niebie bez ani jednej chmurki, który wyglądał wręcz bajkowo. Te chwilę wykorzystał, ręsztką sił, odepchnął byłych kolegów i deportował się na szkolne błonia.

Jego stan był opłakany, ilość straconej krwi, połamanych kończyn, obrażeń organów wewnętrznych jak i wykończenie ciała setkami Cruciatusów, zapowiadało tylko jedno.

Na bloniach dostrzegl jednak postać, która była coraz bliżej i bliżej. Przez zapuchnięte i zmęczone oczy dostrzegł, że to jest Rose. Ona przy nim kucneła i zaczeła od razu coś robić, nie docierało nic do niego, ani słowa ani czyny dziewczyny. Po chwili zauważył, że Rose jest z kimś jeszcze, to była Cllar. Nie był zadowolony, że całego we krwi musiały go znaleźć akutat wampiry, ale i tak nie miał innego wyjścia. Musiał im zaufać. Wypił eliksiry, które podawala mu Cllar, pamiętał różne kształty buteleczek i różne smaki, ale jakoś nie czuł się po nich lepiej.

Leżał tak dalej na trawie, głowa bolała go tak strasznie.

- Musimy z nim iść do SS. – powiedziała Rose.

- Nie ma sensu. – powiedział Kaoru, resztkami sił i wtedy z jego ust wypłyneła stróżka krwi, a on zaczął się krztusic i dławić.

Gdy dziewczyny to zauważyły zaczęły działać naprawdę szybko. Po chwili poczuł, że unosi się nad ziemią, że leci prosto do pokoju wspólnego. Słyszał jak dziewczyny rozmawiały i gdzieś miedzy głosami wychwycił, bardzo dobrze znany mu głos. Bardzo się zdziwił bo wcześniej nie dostrzegał Iskierki. Rózne myśli krążyły mu po głowie… jak długo widzi mnie w takim stanie? Jak bardzo cierpi widząc mnie ledwo żywego? Jak bardzo on ją rani?

Nie wiedział kiedy znalazl się na kanapie w pokoju wspolnym , Cllar i Rose o coś się spieraly. A przy wezglowiu łózka Kaoru dostrzegl roztrzęsiona i zaplakana Iskierkie, która cały czas trzymała go za rękę. Mocniej ścinął jej rękę na znak tego, że cieszy sie i czuje jej obecność.

- Kaoru? – jego uwagę chciała na siebie zwrócić Rose.

- Hmmm – tylko tyle zdołało mu się wydusić.

- Kaoru… chyba jest tylko jeden sposób żeby Cię uratować. Nie znamy zaklęć takich jak Syriusz… i nie możemy Ci inaczej pomóc. – powiedziała smutnym głosem i zmarszczyła czoło.


Iskierka grzecznie sie temu wszystkiemu przyglądała, jego powolnej lecz bardzo bolesnej agonii, lecz teraz zabrała głos.

- Jaki to sposób jeśli mogę wiedzieć? – zapytala z jakąś dziwną intonacją, jakby przeczuwała coś strasznego.

- Iskierko…on musi stać się jednym z nas żeby…”przeżyć”. – powiedziała znów smutnym glosem i nakreśliła w powietrzu cudzysłów.

- Mnie do tego nie mieszajcie to jest jego wybór ja nie mam nic to gadania w tej sprawie. – powiedziała jakby urażona.

Kaoru lekko to zabolało, czemu Isk nie chciała nic na ten temat mówić. Przecież to nie był tylko jego wybór. Iskierka mogłaby powiedzieć, że nie bedzie żyła z potworem, wtedy on wybrałby śmierć. „To twój wybór”, „Twój wybór”, wybór, wybór… – te słowa zaprzątału my myśli Iskierka rozmawiała o czymś z dziewczynami, nie słuchał, nie miał sił skupiać się na czymkolwiek. Nagle jęknął i podkurczył nogi, po czym przechylił się w lewo i wypluł z ust sporą ilość krwi wraz z zakrzepami. Nie był to najlepszy znak, a jeszcze gorszym było to, że krew była ciemna niczym węgiel. On już wiedział co to oznacza.

Mimo, tego, że nie miał zapisanego w instynkcie wyczuwania krwi czuł ją, w ciepłym pokoju było ją czuć. Wiedział, że dziewczyną z tym ciężko i potem poczuł zimny i orzeźwiający powiew wieczornego wiatru. Pokój zaczął mu się rozmazywać, nie wiedział czy już umiera czy jeszcze może wytrzyma. Patrzył na Isk, oczy powoli mu się zamykały, a on slabł w oczach. Skóra zaczeła się robić coraz zimniejsza i sina z zimna.

- Czy jak będe inny przestaniesz mnie kochać? – zapytał cicho Kaoru.

- Ja, zawsze będe Cię kochać. Nie ważne co. Zawsze. – powiedziała Iskierka i miło się do niego uśmiechnęła, całując go lekko w usta nie zwarzając na krew.

Popatrzył na nią, miło się do niej uśmiechnął,po czym przymknął oczy i uśmiech znikł, sam już czuł jak jego serce bije coraz wolniej. Z otępienia wyrwał go głos Rose.

-Cllar, dasz sobie radę? – zapytała ją lekko nerwowym głosem.

Cllar odpowiedziała, bez chwili wachania:

- Oczywiście że dam Rose… – rozerwała sobie białymi kłami żyły na nadgarstku, niczym tak lekko jakby były z jakiegoś bardzo kruchego tworzywa. Pochyliła się nad Kaoru i przyłożyła mu swoją ręke do ust. Krew z niej płynęła obficie i wpadała do bezwładnych ust Kaoru.

- Pij Kaoru, pij. – mówiła do niego, cichym i przyjemnym głosem.

Pił resztkami sił, po czwili poczuł, że jej krew jest słodka i wtedy się uśmiechnął sam do siebie. Bo przypomniało mu się jak kiedyś kłócił się z kolegą na temat smaku krwi wampira. Dzisiaj dowiedział się, że wygrałby owy zakład, gdyby utrzymywał z nim dalej kontakt. Postanowił wysłać do niego sowę jak tylko wyjdzie z tego bez szwanku i opisać swoje doświadczenie.

- Dalej pij. To Cię wzmocni. Uwierz mi i pij. -mówiła tak, że Kaoru czuł wolę walki, więc robił co mu kazano. Cllar czuła jak jego usta dotykają jej chłodnego nadgarstka, jak pije jej krew i przypomniała sobie jak to było u niej przy przemianie. Kaoru nagle zamrugał szybko oczami i popatrzył na pokój. Rose podeszła do Iskierki i powiedziała, żeby zamknęła oczy albo wyszła.

- Nie, ja chce przy nim zostać. – upierała się Iskierka, która wyglądała już na bardzo zmeczoną i przestraszoną cala ta sytuacją.

- Dobrze, ale ja będę musiała go teraz zabić. – powiedziała dość spokojnym głosem Rose, a on popatrzył na nią przestraszonymi oczami i od razu popatrzył na Iskierkę, chciał zobaczyć jej reakcje. Ona otwarła tylko swoje piękne oczy bardzo szeroko, pokręciła głową i poszła w najdalszy kąt pokoju wspólnego, zatykając uszy, skuliła się, obejmując ramionami podkurczone nogi.

Wszystko co potem sie wydarzyło, było tak nierealne i szybkie, że Kaoru nic nie pamięta. W jego pamięci jest czarna dziura, do momentu jak otworzył oczy i wziął głeboki oddech. Gdy w jego nozdrza dostała się słodka woń, ludzkiej krwi, jego zielone oczy przybrały mocno czerwony kolor, a on popatrzyl na Iskierkę, jak na najpyszniejszy deser na świecie. W bardzo szybkiem tępie znalazł się tuż obok niej, lewą rękę oparł o ścianę za Isk, a językiem zaczął lizać jej szyje, tam gdzie wyczuwał wypukłą żyłę. Nie myślał racjonalnie, teraz marzył tylko o krwi. Gdy zbliżał wargi do szyji swojej ukochanej dziewczyny, poczuł jak ktoś mocno łapie go za rękę i z wielką siłą odciąga, na drugi koniec pokoju. Tak to była Rose, która zaczeła na niego krzyczeć.

- Co ty sobie wyobrażasz! – krzykneła na niego i z wielką siłą przyparła go do muru.

- Ona tak pięknie pachnie. – powiedział, a jego oczy wciąż były wpatrzone w Iskierkę. Nie dostrzegał nic poza nią, a słowa Rose w ogóle nie zrobiły na nim żadnego wrażenia. Postanowił się uwolnić z uścisku i uderzył ją łokciem w brzuch. Ku swojemu zdziwieniu Rose przeleciała, przez pokój i uderzyła o ścianę. To spowodowało, że jeszcze szerzej się uśmiechnął, był teraz bardzo silny i na pewno też szybki. Żaden śmiertelnik nie miał z nim szans, znów wziął głeboki oddech i poczuł coś na błoniach. Nie wiedział czym to było, ale aż ślina napłynęła mu do ust. Wskoczył na marmurowy parapet, popatrzył na błonia i zeskoczył z wieży, krzycząc przy tym „Woooooooow”. Wylądował miękko na ziemi i w wampirzym tempie, pognał do zakazanego lasu i zapolował na pierwsze zwierze jakie napotkał na swojej drodze. Gdy wczepił się swoimi ostrymi jak brzytwa zębami w jej długą szyję i zaczął pić krew, zwierzę wydawało z siebie agonalne jęki i wierzgało nogami, ale on nie przestawał musiał się posilić. Gdy wypuścił sarnę z mocnego uchwytu, martwe zwierze padło bez ducha, na ściółkę i suche gałęzie. Kaoru oblizał tylko wargi, ale nie czuł się zbyt usatysfakcjonowany, tym posiłkiem, postanowił wyruszyć w poszukiwaniu jakiegoś godnego siebie posiłku. Więc nie zwarzając na nic wybiegł zza bramę Hogwartu i pognał w kierunku Hogsmade, skąd docierał do niego boski zapach…

***********************************************************

Od jego przemiany minęło jakieś 6 dni, a on wciąż był nieziemnko silny i szybki. Po takim czasie, już zaczął myśleć o tym co robi. Wiedział, że sam sobie z tym nie poradzi, więc wysłał do swojego kolegi list z mugolskiej poczty w Amsterdamie, a jego treść była następująca:

„Witaj Przyjacielu,

Nie chciałbym Ci przeszkadzać w twoim bardzo zwykłym mugolskim życiu, ale mam problem. Sam sobie z tym nie poradzę więc proszę Cię o pomoc. Pamiętasz zawsze dobrze się dogadywaliśmy, ufam Ci. Spotkajmy się za dwa dni w Belem. Tak będę tam, ukryty między liśćmi puszczy Amazońskiej. Przybądź, bo nie wiem co bez Ciebie zrobię.

K.D.”

***********************************************************

Następnego dnia, około siodmej wieczorem Kaoru akurat przebywał w Wielkim Kanionie, chowając się przed słońcem w jakiejś jaskini. Do jaskini wleciał bialy puchacz, Kaoru od razu rozpoznał sowe Nicolasa. A jednak ją zachował mimo, że postanowił zniknąć ze świata magii i wszystkiego co z nim związane. No ale jak można uciec, od czegoś co ma się we krwi, Nicolas był czystej krwi czarodziejem, jak on. Znaczy, do niego to się chyba już nie odnosi. Znakiem, że Kaoru był kiedyś człowiekiem jestmroczny znak na bladej skórze, który teraz jeszcze bardziej rzuca się w oczy.

Sowa chyba wyczuła jakieś zagrożenie, bo zostawiła list na pamarańczowym kamieniu jaskini i odleciała. Zwierzęta od razu wyczuwają niebezpieczeństwo, dzięki swojemu instynktowi przeżycia. Wstał, podszedł i pochylił się, aby podnieść list od Nicolasa, ktory miał w sobie następującą treść:

„To naprawdę ty? Kaoru czy to ty?

Rany ja dobrze, że żyjesz. Myślałem, że nie żyjesz. Jakieś parę dni temu dostałem anonimowy list w którym było napisane, że Czarny Pan Cię zabił. Rozpaczałem, aż do momentu gdy dostałem list z Amsterdamu. Oczywiście, że zjawię się w Belem. Pomogę Ci jak tylko będę mógł. Tęskniłem, myślałem, że nie zdąrzyłem się z Toba pożegnać. Dobrze wiedzieć, że znów wszysedłeś cało z opresji. Zawsze taki byłeś, uparty, nieznośny ale i bardziej wytrzymaly niż reszta.

Do zobaczenia jutro. Będę czekał na plaży w samo południe.

Nicolas.”

Po przeczytaniu, włożył list do tylnej kieszeni i zacząl myśleć o tym kto mógł wysłać do Nicolasa wiadomośc o jego domniemanej śmierci. Myslał o tym chwilę, czyżby zrobił to Bill na jego rozkaz.

- Kto wie… z nimi nigdy nic nie wiadomo. – powiedział sam do siebie i poczuł się strasznie głodny. Gdy wychylił się z jaskini dojrzał najpiękniejszy zachód słońca w swoim zyciu. Słońce z sekundy na sekunde chowało się coraz bardziej za kaskady kanionu. Pomarańczowe skały zaczynały robić się coraz ciemniejsze, Kaoru wziął głeboki wdech, lecz nie wyczuł nic. Tak więc pochylił się nad krawędzią skały, pod nim było kilka połek skalnych po których miał zamiar zejść na sam dół i schronić się w całkowitym cieniu skał i uniknąć jakich kolwiek promieniu zachodzącego już słońca. Postanowił dotrzeć do puszczy amazońskiej jeszcze tego wieczoru, żeby przekąsić coś po drodze. Starał się myśleć z całych sił o krwi zwierząt, lecz poprzedniego wieczoru, gdy ludzka krew spłyneła do jego gardła nie mógł mysleć o niczym innym. Tak Kaoru poprzedniego wieczoru zamordował jakiegoś turystę, ktory samotnie zwiedzał jaskinie… stał się potworem, ktory niczego na świecie nie pragnął bardziej od ludzkiej krwi.

Cdn….


‚Przeżyłem’ – pomyślał Kaoru, kiedy dzień po powrocie z „raportowania” leżał na swoim wygodnym łóżku w dormitorium. Jak przez mgłę pamiętał słowa Albusa – stop wróć – profesora Albusa: ‚Kaoru wytrzymaj jeszcze trochę, Syriusz zaraz tu będzie’ – te słowa wtedy spowodowały, że się uśmiechnął i otworzył oczy. Ale to co ujrzał wcale nie było zabawne, obok niego na łóżku zobaczył zapłakaną Iskierkę i zdezorientowaną, ale równie wystraszoną Lunę.

Nie wiedział jak strasznie wtedy wyglądał – rana na boku wyglądała, jakby została wyszarpana ostrym narzędziem, bez przerwy krwawiła, brudząc na czerwono białą pościel i prześcieradło. Mimo rany jedynym bólem, który czuł był żar jakim paliła go lewa ręka, ale dla bezpieczeństwa chował ją wciąż pod poduszką. Chwilami czuł, że odpływa, bo oczy zaczęły zachodzić mu mgłą, a obraz się rozmazywał. Z otchłani bólu wyrwał go dobrze znajomy głos przyjaciela, wtedy odetchnął z ulgą, wiedział, że jest w dobrych rękach… wiedział, że on nie da mu jeszcze odejść z tego świata… wiedział, że… Gdy tak rozmyślał odpłynął w krainę snu wyczerpany dniami raportowania.

Więc gdy obudził się, po tym jak delikatne promienie słońca lekko muskały jego policzki i twarz swoim ciepłem, odetchnął z ulgą, wiedząc, że wszystko poprzedniej nocy musiało skończyć się dobrze.


************* 2 dni później ************


Koniec semestru miał nastapić jutro. Oceny były już wystawione, a Kaoru idąc w stronę WS na śniadanie przeglądał swój arkusz ocen. Najbardziej irytowała go ocena z transmutacji. Jako pilny i ambitny uczeń nie mógł przeboleć tego, że dostał ‚O’. Wszedł do wielkiej sali i jak zawsze o tej porze nie zobaczył w niej nikogo, więc, że w planie miał wypad do Hogsmeade wszedł do środka tylko po jedno ciastko.

Wychodząc z zamku ubrał na siebie długi, czarny wełniany płaszcz, ciemno zielony szalik i rękawiczki. W kieszeni płaszcza w małej skórzanej sakiewce spoczywały złote galeony, które zamierzał wydać. Jego głównym celem było zakupienie ramki, gdyż poprzedniego wieczoru pod drzwiami dormitorium znalazł rysunek. Portret był wykonany ołówkiem i przedstawiał jego samego jeszcze za czasów, gdy chodził do poprzedniej szkoły; w sumie nie bardzo zmienił się od tamtego czasu, ale teraz włosów miał zdecydowanie więcej i przyciął trochę nieznośne kosmyki, które zawsze zasłaniały mu oczy. Według Kaoru rysunek był wykonany po mistrzowsku, ale niestety nie był podpisany. Takie ‚dzieło sztuki’ jak je nazwał Kaoru gdy tylko je zobaczył potrzebowało pięknej i równie kunsztownie wykonanej ramki. Gdy skończył rozmyślania o tym jaka ramka byłaby najlepsza, wyszedł już poza teren szkoły – od razy przyszła mu myśl o deportacji, ale pogoda była tak piękna, że postanowił dojść do wioski pieszo.

Dochodziło południe więc zziebnięte słońce oświetlało zamrożone drzewa, gałęzie i krzaki. Zmarznięty śnieg skrzypiał pod jego butami, a promienie słońca sprawiały wrażenie iż świeży śnieg mieni się niczym posypany diamentowym pyłem.

Mimo pięknej pogody było mroźno i Kaoru szedł szybko ośnieżoną ścieżką, a już po kolejnym zakręcie dostrzegł dachy najwyższych domów w Hogsmeade. Zbliżając się do wioski poczuł przyjemny zapach świeżo upieczonych ciasteczek i świeżo zmielonej kawy, przywiezionej prosto z indyjskich plantacji.

Gdy znalazł się już na chodniku pomiędzy rzędem domków i sklepów, podszedł do chłopca niewiele młodszego od siebie i zakupił nowy numer „Proroka Codziennego”, ponieważ zainteresowała go pierwsza strona, na której widniało zdjęcie młodego czarodzieja – a nagłówek głosił: „Czy Nicolas jest winny przestępstwa czy też nie” – dalej pisało coś o Ministrze magii, który jak zawsze wszystko niby wie najlepiej.

- A to głupek znowu się w coś wpakował. – powiedział do siebie i zapłacił chłopakowi za gazetę.

Chciał zacząć ją czytać już przed Trzema Miotłami, ale zaczął pruszyć śnieg i spadające na gazetę płatki zostawiały na niej mokre plamy i litery się rozmazywały. Tak więc wszedł do pub’u z gazetą w ręce i od razu podszedł do lady,a w między czasie rozglądał się za wolnym stolikiem. O tej porze na szczęście było ich wiele.

- Witam. Co podać? – zapytał barman.

- Jedno podwójne kremowe piwo na ciepło, po proszę. – odpowiedział Kaoru i ściagnął płaszcz, zostając tylko w zielonym swetrze na którym to w lewym dolnym rogu wyhaftowany był mały znaczek ‚PS’ opleciony przez węża.

- Już się robi. – powiedział i wyszedł na zaplecze po czym wrocił, zmierzył go wzrokiem i dodał.

- Chyba w szkole macie teraz luzy, skoro o tej porze zamawiasz piwo.

Kaoru popatrzył na niego i tylko się uśmiechnął. Czekając aż jego piwo odpowiednio się nagrzeje, rozłożył gazetę na kontuarze baru. Barmanowi najwyraźniej się nudziło i znów zagadał do niego.

- A wiesz młodzieńcze, że ten z pierwszej strony to jest śmierciorzercą. – powiedział, po czym dodał. – Takie chodzą pogłoski. – mówiąc to cały czas patrzył na Kaoru.

- To kłamią. – skwitowaó krótko Kaoru i zaczął nerwowo wybijać rytm palcami o drewniany bar.

- Hmmm… czyżbyś znał bohatera z pierwszych stron? – zapytał wścibsko i postawił przed nim piwo.

- Nawet jeśli to i tak nie Pana interes. – odpowiedział raczej niezbyt miło, a na ladę położył dwa galeony i odszedł do stolika przy samym kominku nie czekając już na resztę.

Rzucił na stół gazetę i usiadł wygodnie zaczytując się w bredniach, które ktoś ośmiela się pisać o jego kumplu. Chociaż gdyby ten nagłowek pokazał się tydzień wcześniej w ogóle stwierdził by, że gazeta ta jest strasznym chłamem i szmatławcem. Ale na szczęście poprzednia plotka o śmierci Nicolasa, rozwiązała sie gdy on sam został przez niego zaproszony na popołudniową herbatę po angielsku. Mimo, że zmienił adres zamieszkania i niewyglądał najlepiej pogadali sobie jak dawniej, tylko tym razem już bez żadnych tajemnic bo Nicolas nie był już tym kim był wcześniej. Żeby zmienić swoje życie zapisał się nawet na mugolskie studia i znalazł pracę gdzieś w Londynie.


********** 2 godziny później **********


Gdy już się nasiedział, przeczytał całą gazetę i wypił dwa piwa, wyszedł poszukać sklepu z antykami lub innymi akcesoriami do wystroju wnętrz. Mijając tak sklep za sklepem na końcu ulicy dostrzegł sklepik, którego witryna była zasłonięta ciemno zieloną kotarą, a na niej widniał napis „Czarodziejskie i mugolskie antyki braci Night”. Sklep od razy go zainteresował więc wszedł do środka.

Otwierając drzwi jego oczom ukazało się pomieszczenie pełne starych i poniszczonych przez czas regałów i szaf, które pozastawiane były najróżniejszymi drobiazgami. Na lewo od wejścia stał ciemny kontuar lady za którym siedział mężczyzna w okularach i o bujnej czuprynie. Miał jak na oko nie więcej niż 30 lat, a za nim stał wielki zegar z kurantem oraz tuż nad nim wisiał kryształowy żyrandol nadający pomieszczeniu wystarczającą ilość światła.

- Dzień dobry. – powiedzial Kaoru i przyglądał się wnętrzu z przejęciem. Na wprost od wejścia stała szklana wystawka z broszkami, bransoletkami, klipsami, pierścionkami i kolczykami. Przyglądał im się przez chwilę i nagle jego wzrok przykuły kolczyki. ‚Idealne na prezent dla Isk’ – pomyslał i przeniósł wzrok na prawa stronę sklepu, gdzie na zielonej zasłonie wisiały czarno-białe zdjęcia w pięknych ramkach. A tuż obok na regale stały też; porcelanowe filiżanki ozdabiane chińskimi rysunkami, miedziane kielichy, srebrne zastawy stołowe, pióra z kości słoniowej, kryształowe kałamarze, marmurowe puzderka na biżuterie, złote szczotki do włosów z rubinowymi dodatkami – no w sklepie było po prostu wszystko. Z zachwytu nad sklepem wyrwał go uprzejmy głos…

- Przepraszam pomóc w czymś? – to mężczyzna stał tuż przed nim w niezbyt dopasowanym do siebie ubraniu.

- W sumie to tak. – odpowiedział Kaoru i podszedł do szklanej wystawki z biżuterią.

- Muszę Pana ostrzec, że te rzeczy są dość drogie. – powiedział miło sprzedawca, ale widząc uśmiech swojego klienta, otworzył szklane drzwiczki małym złotym kluczykiem.

- Chciałbym kupić te rubinowe kolczyki, o tak te przy samej krawędzi. – powiedział do sprzedawcy.

- Czy będzie coś jeszcze? – uprzejmie zapytał mężczyzna, trzymając na dłoni piękne kolczyki.

- Tak, tylko teraz będe potrzebował Pańskiej pomocy i rady. – powiedział i podszedł do miejsca z ramkami na zdjecia.

- No pewnie, z przyjemnością. – odpowiedział sprzedawca i stanął obok Kaoru.

- Dostałem ostatnio obraz, no w sumie to jest szkic, wykonany ołowkiem bez dodatku węgla – uważam go za pewnego rodzaju dzieło sztuki. No i chciałbym do niego dopasowac ramkę, tylko uwaga musi być magiczna, aby szkic nie wyblakł z biegiem czasu. – powiedział i popatrzył na sprzedawcę.

Mężczyzna po tym co usłyszał i wcześniejszych dostrzeżeniach zaczął traktować Kaoru poważnie. Więc, aby w pełni usatysfakcjonować zachciankę klienta zaczął oglądać ramki po kolei, co jakiś czas zatrzymywał się przy jakiejś, mówiąc do siebie coś pod nosem. Kaoru obserwował jego poczyniania z uwagą, a już po około 10 minutach trzymał w ręce piękną mahoniowo-złotą ramkę.

W końcu podszedł do kontuaru, a sprzedawca z uśmiechem na twarzy zaczął pakować kolczyki i ramkę w szary papier…

Po zapłaceniu Kaoru jeszcze raz obejrzał sobie sklep i wyszedł zadowolony z pakunkami pod pachą. Kierując sie już w stronę szkoły wpadł jeszcze do Miodowego Królestwa po jedne ze swoich ulubionych makowo-imbirowych ciasteczek w polewie z mlecznej czekolady i zachaczył jeszcze o księgarnię w której jak zawsze spędził sporo czasu. Kupił sobie dwie nowe książki; „Historię smoków w VIII wieku” i „Zaklęcia czarnomagiczne przez wieki”. Gdy wychodził z księgarni poczuł dokuczliwy ból rany na boku, postanowił jeszcze raz wpaść do Trzech Mioteł i chwilę odpocząć. Tym razem wszedł do środka i usiadł przy stoliku, kładąc na krześle obok swój płaszcz i zakupione rzeczy. Czekając na kelnerkę, która już o tej porze przyjmowała zamowienia otworzył książkę o historii smoków i zaczął czytać.


cdn…


Jak uzgodnili wcześniej listownie, Kaoru wraz z siostrą Iskierki miał spotkać się w Hogsmade, na tyłach trzeciego domu od widocznego zakola, gdzie w lecie stała budka z ulubionymi lodami Kaoru o smaku imbirowym i makowym. Kiedy Iskierka usnęła w swoim dormitorium, Kaoru poszedł przebrać się w jakieś cieplejsze rzeczy i po chwili już w swetrze i czarnym płaszczu oraz cieplejszych butach wyszedł z wieży Ravenclaw’u. Była północ więc, aby nie wpaść na jakiegoś nauczyciela i nie dostać szlabanu, szybko zbiegł po schodach i po cichu wymknął się z zamku. Gdy tylko wyszedł na błonia i spojrzał w górę zobaczył ciemno szare chmury na czarnym niczym sadza niebie, stał tak przez chwilę i patrzył się na pogrążone w ciemności błonia, poczuł jak lodowaty i silny wiatr rozwiewa mu włosy oraz zamraża nos i policzki, tak że na pewno od razu robią się czerwone. Idąc przez błonia w stronę bramy, owinął się szalikiem, który do tej pory trzymał w ręce i dokładnie zapiął płaszcz, bo było bardzo zimno. Kiedy w końcy ujrzał wielką bramę z kutego żelaza z wielkim również wykutym herbie szkoły, przyspieszył kroku i lekko pchnął bramę łapiąc za wielką złotą gałkę. Drogę do Hogsmade pokonał szybko bo mógł już oświetlać sobie ścieżkę, nie narażając się tym na szlaban jak by pewnie się skończyło gdyby Filch przyłapał go po północy na błoniach.

Kiedy uliczkę zaczęły oświetlać lapy po obu stronach, zgasił różdżkę i schował ją do kieszeni płaszcza. W pobliżu Trzech Mioteł zobaczył grupkę czarodziejów, zdziwił się trochę, ale bez słowa ominął ich i poszedł na umówione wcześniej miejsce. Nie wiedział niestety, że grupka podąża za nim.

# # # # # # # # # # # # # #

Dom przed ktorym stanął miał numer 13, drzwi były zamknięte gdy pociągnął za klamkę, ale z boku domu dostrzegł uchyloną niska drewnianą furtkę. Tuż obok niej tkwiła wbita w ziemie skrzynka na listy, ale nie było na niej żadnego nazwiska. Nie zastanawiając się dłużej wszedł na teren czyjejś posiadłości i jego oczom ukazał się ogródek, w którym ku jego zdziwieniu kwitły żółte róże. Postanowił czekając na Paulinę, podejść bliżej i zobaczyć czy są prawdziwe. W chwili gdy dotknął jednego platka poczuł, że rozpada mu się w rękach. Nie wiedząc co się dzieje odwrocił się w strone furtki i zobaczył tę samą grupę ludzi, którzy stali pod Pubem. Wszyscy trzymali rożdżki uniesione i skierowane w niego. Wiedział już, że Rid się nie zjawi, a oni mają go sprawdzić, w jego rozmyślaniach utwierdził go głos tuż za jego plecami z przytkniętą rożdżką do jego pleców.

- Witaj Dubois, kopę lat. – powiedział mężczyzna stojący za jego plecami.

Kaoru od razu rozpoznał głos kolegi jego matki, do którego swego czasu mowił ‚wujku’, mimo że John był starszy od niego tylko o 6 lat.

- Zmieniłeś się, chociaż twoja naiwność dalej jest taka sama. – powiedział nieprzyjemnym tonem, poczym zaczął coś mówić mu na ucho co sprawiało Kaoru straszną przykrość.

- Zamknij się! – wrzasnął Kaoru i szybko wyciągnął rożdżkę, robiąc bardzo glupią rzecz w obliczu takiego zagrożenia jakim byli dla niego śmierciorzercy. Niewerbalnie rzucił Drętwotę w jednego z tych co stali, na przeciwko niego i po chwili upadł on na ziemie sparaliżowany. W chwili, gdy ich kolega upadł na ziemie, rzucili w niego zaklęciami, które z taka siłą uderzyły w niego, że odleciał do tyłu uderzając o drewniany płot plecami. Upadając na ziemie wleciał w krzaki róż, które poraniły mu twarz i szyje. Jego ciało odmówiło mu posłuszeństwa, starał się wyrównać oddech i rozpaczliwie łapał powietrze. Z każdym kolejnym wdechem czuł coraz większy opór, żebra miał obite to było powodem niewyrównanego oddechu i bólu w klatce piersiowej. Gdy podniósł głowę do góry ujrzał nad sobą uśmiechniętego i zadowolonego z siebie Johna.

- Jutro o tej samej porze tylko, że w Londynie masz się spotkać z Panną Rid. Mieliśmy cię sprawdzić gnojku, więc to zrobiliśmy. – zaśmiał się złowrogo po czym przyłożył mu w twarz z pięści i zanosząć się śmiechem odwrócił się na pięcie i poszedł w stronę kolegów, który również się śmiali.

Kaoru wcale nie zamierzał jeszcze kończyć, mimo że w ustach czuł smak krwi, zacisnął palce na rożdżce, ale w tym własnie momencie usłyszał głos Johna.

- Cruciatus.- zaklęcie trafiło Kaoru z dużą siłą, zaczął wić się z bólu wśród krzaków róż. Wiedział, że John mu sie przygląda więc nie wydał z siebie żadnego dzwięku, chociaż czuł jak ból rozrywa go od środka. Po chwili męczarni zaklęcie zostało wycofane, ale gdy Kaoru otworzył oczy nikogo już w ogrodzie nie było.

# # # # # # # # # # # # # #

Było już grubo po drugiej kiedy do sypialni na trzecim piętrzy przy Oxford Street 210 wleciał ledwo widoczny gepard, ledwo co widzialna poświata i tak obudziła młodzieńca, który od godzin popołudniowych nie mógł skupić się nad niczym, ponieważ cały czas krążyło mu jakieś złe przeczucie w myślach. Gdy zobaczył geparda, wyskoczył szybko z łóżka i zbiegł pietro niżej do garderoby aby się ubrać. W czasie kiedy biegał miedzy piętrami swojego domu w poszukiwaniach rożdżki, zaklął pod nosem i powiedział sam do siebie.

- Że też od razu na to nie wpadłem, on znowu się w coś wpakował. Mam nadzieję, że nić mu nie jest. Rany a chciał wczoraj ze mną porozmawiać a ją go zbyłem, że mam dużo pracy. – coraz bardziej zdenerwowany biegał po domu, aż w końcu przypomniał sobie, że różdżkę ma w kieszeni. Wyszedł zza bramkę swojego domu i deportował się z cichym trzaskiem. Miał nadzieje, że nie straci kolejnego kumpla w tym tygodniu, to by było dla niego zbyt wiele.

# # # # # # # # # # # # # #

Po chwili w ogrodzie tuż przed Kaoru pojawiła sie postać. Wyraz twarzy mężczyzny mówił sam za siebie, ale ku zdziwieniu Kaoru, chłopak kucnął tuż obok niego i bez słowa lekko dotknął ręką jego prawego boku. Jedyne co mógł zrobić to syknąć z bólu i zagryźć lewą stronę dolnej wargi zebami, wtedy Nicolas się odezwał.

- W coś ty się znowu młody wpakował? – zapytał zdenerwowany, ale tak na prawdę nie chciał usłyszeć odpowiedzi. Zaczął wyciągać z kieszeni różne fiolki, po czym znów się odezwał.

- Kim byli ci co tu byli? – znów zapytał, tylko tym razem jego ton był karcący. Kaoru wyczuwa w jego głosie jak się hamuje, żeby się na niego nie wydrzeć. – Cholera Kaoru czemu ty znów zabierasz się za coś o czym nie masz zielonego pojęcia! – tym razem już na niego wrzasnął, ale nie skończył jeszcze, popatrzył z mieszanymi uczuciami z troską, a także z wściekłością. Wiedział, że mówiąc wcześniejsze zdanie trochę się zapędził, ale pomyślał, że teraz i tak nie bedzie sie mu tłumaczył i znowu warknął. – Czy ty nie rozumiesz, że te twoje wypady są niebezpieczne! Jasne, jak chcesz to milcz dalej! Tylko, że ja mam już tego dość Ciebie i tych twoich durnych pomysłów! – ostatnie słowa wykrzyczał. Kaoru patrzył na niego i zaczął się zastanawiać co go podkusiło, żeby wysyłać patronusa do Nicolasa. Byli dobrze zgraną paczką dopóki Nicolas nie dowiedział się, że Kaoru jest sierotą i zaczął zastępować mu ojca, co znacznie pogorszyło ich wcześniej przyjacielskie stosunki. Nicolas miał 21 lat i sam miewał już różne durne pomysły i to jego ostatnio ich przełożony znalazł go ledwo co żywego na jednej z Mediolańskich ulic. Kaoru po chwili zdał sobie sprawę, że przestał słuchać kolegę, więc popatrzył tylko na niego i się uśmiechnął.

- … tak najlepiej co? Widzę, że masz głęboko gdzieś to co do Ciebie mówię! – powiedział to ostro i zamilkł. Za pomocą zaklęcia rzuconego niewerbalnie, Kaoru podniosł się delikatnie z ziemi i leciał metra nad ziemią, parę kroków przed Nicolasem. Mogł się oczywiście teleportować, ale wiedział, że byłoby to niebezpieczne dla kolegi. Szedł w milczeniu i zastanawiał się nad tym, że jego przemowa była zbyt ostra. On wcale nie uważał, że Kaoru nie nadaję się do dalszej pracy, bo to przecież dzięki niemu on jeszcze żył.

Gdy doszli do zamku, Nicolas zostawił go pod opieką pani Pomfrey, wrócił do siebie do domu, gdzie od razu wysłał kilka sów, aby dowiedzieć się co Kaoru chciał osiągnąć tej nocy. Potem usiadł na kanapie, włączył telewizor i oglądał mugolskie wiadomości.

Tym czasem nad łóżkiem Kaoru pani Pomfrey załamywała ręcę gdyż chłopak po kilku chwilach stracił przytomność i wyglądał jakby własnie pojedynkował się z śmierciorzercami.

Cdn….


********************************
Chciałbym też tutaj coś wyjaśnić: odstęp między notką 2 a trzecią jest dość duży. Bohater opowiadania zdążył zmienić szkołę na inną i teraz jest Krukonem.
********************************

Zbliżały się święta wielka sala w Hogwarcie ozdobiona już była długimi girlandami w kolorach czterech domów, mieniły się one poprzez padające na nie światło ze standardowej ozdoby sufitu czyli fruwających świeczek. Przy kominku stała już ogromna choinka lecz jeszcze nie była udekorowana, poza nią w sali było więcej choinek, ale już mniejszych porozstawianych po kątach. Kaoru siedział na kanapie przed kominkiem w wielkiej sali i przyglądał się sali szukając wzrokiem kogoś znajomego. W sali było wielu uczniów, ale nikogo nie znał. Czekał na swoją dziewczynę, z którą dawno się nie widział, bo z powodu pracy musiał wyjechać na tydzień do Włoch. Wrócił jak zawsze z kilkoma sprawami na głowie i zamyślony wpatrując się w skaczące płomienie w kominku myślał jak wybrnąć z niektórych niezbyt miłych sytuacji. Sięgnął do swojej skurzanej torby i wyciągnął z niej pergamin, pióro i kałamarz zastanawiając się jak sklecić parę słów do siostry i Syriusza. Zaczął pisać do nich list, gdy skończył włożył go między okładki książki Obrona przez Czarna Magią poziom piąty. Popatrzył przez okna na błonia pogrążone w ciemności, była już połowa grudnia a śniegu dalej nie było, tak samo jak w święta po śmierci Marca też nie było śniegu, a w domu u państwa Dubois nie było wtedy ani choinki ani świątecznej atmosfery ani rodziny. Ojciec Kaoru przesiedział wtedy cały miesiąc w jakimś barze pijąc whisky, a jego matka znikała gdzieś na cała dnie. To wtedy ojciec zabronił Kaoru iść w przyszłosci do szkoły dla czarodziejów, bojąc się o syna. A parę lat później również w święta Kaoru nie miał już ani ojca ani matki, tamte święta też były bez śniegu, aż bał się co wydarzy się w tym roku. O siebie nie dbał za bardzo teraz ważni dla niego byli inni. Wiedział, że jest wujkiem trójki napewno niegrzecznych i nieznośnych dzieciaków, no bo czego można było by się spodziewać po dziecikach Neel i Syriusza Jamesa. Zaśmiał się sam do siebie gdy tylko o nich pomyslał. No i przejmował się Iskierką, która w tych ciężkich czasach była jego ostoją, nadzieją na normalne życie i wielką miłością. Gdy odwrocił się w stronę wejscia do wielkiej sali zobaczył w nich właśnie Iskierkę, ale wyglądała inaczej niż zwykle już z daleka wydawała się jakaś odmieniona, a może wystarszona czy może raczej chłód jej postaci jakoś mieszał mu w myślach. Ona przecież nigdy taka nie była, zawsze biło od niej ciepło niczym od kominka, zawsze witała go z uśmiechem, a w jej oczach panował spokój, ale teraz było inaczej. Podniosł się trochę i pomachał jej aby podeszła do niego, gdy go zobaczyła to popatrzyła na niego jakoś tak obojętnie już poczuł się dotkniety, nie wiedział co mogło się stać. Mimo, że odczytywał jej z myśli, że się boi to wyczuwał również nienawiść która mroziła jej zmysły i powodowała to uczucie zimna.

- Cześć kochanie.- przywitał się z nią z uśmiechem i pocałował ją w usta, starając się nie poddać uczuciu chłodu i przeszywającego zimna.

- Hej skrabie.- odpowiedziała, uśmiechając się sztucznie i nawet na niego nie spojrzała.

Kaoru w ogóle nie wiedział co ma myśleć o tym jej dziwacznym zachowaniu, gdy popatrzył jej w oczy widział tylko lód, a nie ten co zawsze promyk radości i ciepła. Usiedli na kanapie, Kaoru usiadł na przeciwko niej, a ona cały czas odwracała wzrok po czym powiedziała chłodnym tonem.

- Mogłbyś mnie zostawić. – powiedziała, sama nie wiedziała czy to jest prośba czy pytanie. Bolało ją, że musi o tym z nim rozmawiać, ale dbając o jego bezpieczeństwo wolała, żeby on od niej odszedł niż żeby coś mu się stało.

Efekt był nieoczekiwanie dla Iskierki odwrotny, Kaoru poczuł się jakby ktoś uderzył go w brzuch bardzo mocno, otworzył usta ze zdziwnienia i po chwili już wiedział co się dzieje, przechodził to już dwa razy z Mary. Iskierka była chłodna, jej postawa była obojętna, nie patrzyła mu w oczy i nie reagowała na jego pocałunki choćby najmniejszym uśmiechem. Poddenerwowany wstał z kanapy i poszedł szybkim krokiem do parapetu i zamilkł. Wiedział co się dzieje, ale nie był pewny czy przeżyje bez niej chodź dzień, stojąc tak nieruchomo poczuł po chwili że czyjes delikatne i ciepłe dłonie obejmują go. Następnie usłyszał ciche pociągnięcia nosem i płaczliwy ton Iskierki.

- Nie rozumiesz… – powiedziała płacząc i tuląc go mocno do siebie.

W tej chwili on odwrocił sie do niej przodem, popatrzył na jej zapłakaną twarz i kolejną łzę, która szybko płynęła po policzku niczym wartki potok. Objął ją i zaczał głaskać po głowie, a gdy przez jej myśl przemknął głos jakieś kobiety mówiący „zabij” przytulił ją jeszcze mocniej. Sięgnał do tylnej kieszeni i wyciagnął biała jedwabną chusteczkę, która w rogu miała wyszyte czerwone K.

- Nie nie rozumiem, więc mi wytłumacz. – powiedział jakimś innym tonem chłodnym i zimnym.

- Bo ona kazała mi zabić… c-c-ciebie. – powiedziała Iskierka i znów wybuchnęła płaczem.

- Ciii. Coś wymyślę. – starał się ją uspokoić, ale słabo mu to wychodziło, otczytywał wszystkie jej myśli. Tak jakby mu opowiadała cała historię bez słów, jakby te słowa i fakty, że jej ojciec i siostra są śmierciorzercami bardzo ją raniły. Po chwili on wiedział już wszystko, przełknął tylko slinę gdy przypomniał sobie nazwisko Rid bo już wczesniej się z nim spotkał, ale nie miał ochoty wracać myślami do tamtych dni. Sam nie był pewien czy Paolo Rid jest bądź był członkiem rodziny Isk, ale wolał z nią nie rozmawiać na tak nieprzyjemne tematy, a zwłaszcza dzisiaj.

Przez chwilę zastanawiał sie czy by nie poprosić o pomoc Cenefii, ale dobrze wiedział, że już wyjechała z Arturem do Włoch i postanowił jej nie martwić i nie narażać.

- Kochanie mam pomysł. – powiedział po chwili, głaszczac ja po włosach i obejmując ramieniem.

- Tak. Jaki? – zapytała jakby przestraszona. Może dlatego, że znała już często dla niej nieracjonalne i bardzo niebezpieczne pomysły swojego chłopaka.

- Jak mi powiesz gdzie ona jest to będę z nią walczył, żeby dała ci spokój, a jak to nie zadziała będę musiał ją no wiesz… – potok słow wyleciał z niego niczym pociski z karabinu, widział po oczach Isk, że pomysł nie bardzo jej się spodobał, ale po chwili to ona go zaskoczyła.

- Dobrze, jak będziesz musiał to ją zabij. – mówiąc to patrzyła na niego przerażona, ale dobrze znała swoje uczucia. Jego kochała bardziej niż siostrę, która była śmierciorzercą.

Robiło się coraz później, więc Kaoru wziął Isk na ręcę i poszedł do pokoju wspólnego krukonów. Gdy doszli już, Kaoru powiedział hasło i weszli do środka. Pokój był pusty bo wszyscy za pewne już spali z Isk na rękach wyszedł po schodkach i stanał przed jej dormitorium. Stawiając ją na ziemi zobaczył ten piękny uśmiech. Poczuł ciepło które rozgrzało jego serce, pocałował ja namiętnie w usta, a potem jeszcze chwilkę wpatrywał się w drzwi za którymi zniknęła jego dziewczyna.

Sam skierował się do swojego dormitorium, cicho otworzył drzwi, żeby nie pobudzić chłopaków, usiadł u siebie na łóżku zasłonił je kurtynami i przy świetle z rożdżki zaczał pisać list do kolegi z pracy, żeby napisał mu wszystko co wie o Paulinie Rid, o tym gdzie przebywa, czym zajmuje się na codzień i kto pracuje wraz z nią. Gdy już napisał list, schował go tak jak poprzedni do podręcznika do OPCM, po czym poszedł się umyć i poszedł spać.


Po trzech dniach pobytu w Hogwarcie Kaoru czuł się bardzo samotny, mimo, że w szkole było około 500 uczniów, on nia miał żadnych przyjaciół. Całymi dniami samotnie przesiadywał w WS na dużym granatowym fotelu, czytając książkę lub szkicując ołówkiem lub zaostrzonym węgielkiem coraz to nowe krajobrazy oraz smoki i elfy. Pewnego burzliwego wieczoru, siedział jak zawsze na fotelu zwrócony w stronę kominka, w którym to tańczyły radośnie płomienie ognia, a na fotelu obok usiadł jakis chłopak wraz z dziewczyną. Oboje byli starszymi od niego krukonami oraz wedlug Kaoru raczej byli parą. Chłopak ten chodził na pewno do 6 lub 7 klasy bo wiele osób, które przechodziły obok niego machało mu, uśmiechało się do niego przelotnie czy nawet niektórzy podchodzili i pytali o zdrowie.

Kaoru patrzył wtedy na krukona i zazdrościł, że ma tylu znajomych, wydał mu się miłym, koleżeńskim człowiekiem, który skrywał przed innymi jakis sekret. Kaoru długo mu się przyglądał, nawet nie zauważył kiedy chłopak podszedł do niego i stanął na przeciwko fotela na którym siedział.

- Przepraszam mówiłeś coś?- zapytał Kaoru z nad wielkiej i starej księgi, którą czytał.

- Pytałem się czemu siedzisz sam.- powiedział spokojnym głosem chłopak, a nastepnie uśmiechnał sie do niego.

- Aaaa przepraszam zaczytałem się i nie słyszałem.- skłamał Kaoru, bo od jakiegoś czasu rozglądał się po ws, a nie czytał już książki, ale mimo to odpowiedzial chłopakowi. – Siedzę sam bo jestem tu nowy i nikogo nie znam.- wyznał szczerze, po czym odsłonił twarz, która zasłaniała mu książka i miło się do krukona uśmiechnął.

- To jak będziesz tak sam siedzial to nie poznasz nikogo nowego.- stweirdził krkukon, po czym się przedstawił.- Jestem Ramzes, a to moja dziewczyna Cenefii. – powiedział i wskazał dziewczynę, która teraz siedziała sama na fotelu.

- Ja jestem Kaoru.- rzekł chłopak i w geście powitania podał rękę Ramzesowi i Cenefii.

Krukon zaproponował mu aby usiadł wraz z nimi i pogadał, tak więc on przysunał bliżej wielki fotel i zaczeli rozmawiać, rozmowa od pierwszych minut im sie kleiła, rozmawiali o wszystkim; o szkole, o zainteresowaniach oraz o nauczycielach, Kaoru pytał nowych znajomych co sądzą o jakim nauczycielu i prosił ich aby powiedzieli mu też, który nauczyciele są fajni i mili dla uczniów, a jakich trzeba sie wystrzegać.

Po jakimś czasie do Cenefii podeszły dwie krukonki w mniej więcej jej wieku, z tego co Kaoru wywnioskował po rozmowie miały na imię Mariette i Angee i z przejęciem rozmawiały o balu, który odbędzie się jutrzejszego wieczora w wielkiej sali. Kaoru słuchał ich rozmów o sukienkach, gorsetach, butach, torebkach, bukiecikach, szarfach, guzikach, wstążkach oraz o wielu innych rzeczach, po chwili słuchania ich z uśmiechem na ustach, zaczął przejmować się tym, że on nie ma z kim iść na ten bal.

Gdy krukonki plotkowały o nowych parach i rozstaniach między uczniami, Kaoru siedział w fotelu i przyglądał się puchonce siedzącej przy stole żółtych. Była to bardzo ładna dziewczyna i na szczęście nie wyglądala na starsza od niego. To była dla niego szansa, podszedł więc do stołu swojego domu i usiadł na przeciwko dziewczyny, która w tym czasie przeglądała jakąś gazetę. Korzystając z tego, że była pora kolacji puchon nałożył sobie na talerz swoje ulubione potrawy; kurczaka z ananasem, frytki, szaszłyczki jarzynowo-wołowe, wziął sobie też pudding waniliowy z wiórkami kokosowymi i do tego złoty kufel pelny soku z dyni. Jadł i patrzył na dziewczynę, ona po chwili uchwyciła jego spojrzenie i przez chwilę patrzyli sobie w oczy. On od razu zakochał się w jej oczach, które miały tak piekny odcień i barwę, a długie rzęsy nadawały im dodatkowego piękna.

Kaoru postanowił do niej zagadać i dzięki temu poznał Mary Black, która po jakimś czasie zapytała go czy nie chciałby z nią chodzić, on od razu się zgodził i pozwolił sobie zaprosić ja na bal. Mary bardzo się ucieszyła, a do czasu jutrzejszego balu postanowili się dobrze poznać więc zaczęli rozmawiać o swoich rodzinach, zainteresowaniach, wczesniejszych związkach, aż dotarli do tematu tragedii rodzinnych wywolanych teraźniejszą sytuacjią w świecie czarodzeji. W czasie rozmów, obejmowali się, a Kaoru co jakis czas całował Mary, lecz zauważył, że nie jest ona zwolenniczką czułości i bał się, że ona niechce czuć jego pocaunków czy nawet najmniejszego dotyku z jego strony. Był tym przygnębiony, lecz gdy wychodzili razem z ws, szli za rękę do pokoju wspólnego, tam na nieszczęscie Kaoru, Mary pocałowała go w policzek i zniknęla w swoim dormitorium, Zawiedziony całym obrotem sprawy Kaoru powlókł sie powoli po schodach do swojego dormitorium i padł na swoje łóżko gdy inni jego koledzy już spali.

########################################################

W dzien balu Kaoru zszedł do ws dopiero wieczorem, gdyż Mary powiedziała mu tak w południe, że nie da rady iść z nim na bal, mimo wszystko postanowił iść sam na bal, może pozna jakieś nowe osoby. Zanim zszedł zrobił porządek ze swoimi włosami, tak je uczesał, aby nie opadały mu figlarnie na oczy, założył czarny garnitur w szary prążek, spodnie w kant, czarne wylakierowane buty oraz białą koszul bez krawata ani muchy rozpiętą na dwa pierwsze guziki. Wszedł do sali w której było już wielu uczniów, przeszedł przez nią wziąwszy po drodze kryształową literatkę w ognistą whisky i stanął opierając się o jeden z marmurowych parapetów przy wielkim strzelistym oknie z kutymi okiennicami. Sala wyglądała pięknie, Kaoru nigdy wcześniej czegoś takiego nie widział; stolu czterech domów, były połączone w jeden wielki stół nakryty czerwonym jedwabnym obrusem, a na nim leżały róznego rodzaju przekąski, dania, owoce, desery i napoje nie tylko bezalkoholowe; był wśród nich nawet pącz owocowy, podobny do tego jaki pijał będąc na szkolnych imprezach u mugoli.

Sufit sali przedstawiał rozgwierzdżone niebo bez żadnej chmurki, księży oświetlał salę swym delikatnym blaskiem, aby zachować nastrój innymi źródłami światła były świece wiszące pod sufitem oraz te w srebrnych świecznikach porozstawiane na stołach. Od złotej zastawy na stołach odbijały się łagodne blaski świec tworząc na przeciwległej ścianie bal roztańczonych obłoczków świetlnych, poza salą w wielkie osłupienie wprawiły go dziewczyny, które wyglądały niczym księżniczki z mugolskich baśni. Te suknie we wszystkich kolorach w czasie tańca falowały wraz z nimi, falbany i wstęgi tańczyły dodając gracji i stylu każdej wykonanej pozycji tanecznej. Było słychać muzykę klasyczną raz walc wiedeński, a raz angielski, Kaoru dosłuchiwał sie także lekkiego stukotu obcasów o kamienną posadzkę wielkiej sali. Wżawa rozmów, melodia śmiechów, rytm tańca, piękno sukien, kolor materiałów, blask świec, spokój gwiazd, bliskość ciał i jego samotność. Gdy tak o tym myślał czuł się coraz bardziej przygnebiony, gdy spoglądał na tańczące pary do melodii znanych utworów, patrzył na nie z jawną zazdrością. W tańcu podobało mu się to jak dwoje ludzi podczas niego wyzwala z siebie te emocje, te gesty i uczucia, które łączą się ze sobą i tworzą jedno zgrane ciało, które ukazuje najwyższej klasy sztukę i magię.

Nagle z owych rozmyślań wyrwała go dziewczyna w pięknej sukni oraz o długich lokach opadajacych na ramiona i ze wspaniałą kunsztownie wykonaną klamrą we włosach.

- Przepraszam, masz ochotę zatańczyć?- zapytała go cichym głosikiem, musiała być tak jak on bez pary, bo jaki chłopak pozwoliłby żeby taka słodziutka piękność tańczyła z jakimś innym chłopakiem.

Kaoru miał już dość podpierania zimnej ściany, więc zgodził się od razu i ująwszy delikatnie jej drobną dłoń wyszli razem na parkiet.

- Mam na imię Kaoru, a ty?- zapytał ją kiedy już wirowali wokół sali w rytm walca wiedeńskiego.

Nie chwaląc go zbytnio puchon był całkiem dobrym tancerzem, prowadził ją niczym zawodowiec, a Ginny bo tak miała na imię jego wybawicielka wcale nie była gorsza. Jej rozwiane loki, falowały niczym łodygi maków poruszające się wśród łanów zboża w wieczorny letni dzień. Raz może dwa Ginny zachaczyła o suknie, ale Kaoru wciąż obejmując ją mocno nie pozwolił aby zrobiła sobie krzywdę. Gdy muzyka dobiegła końca, on uklonił się przed nią niczym dżentelmen i zaproponował wspólne wypicie szampana. Gdy usiedli razem zaczeli rozmawiać, Ginny ewidętnie podrywała Kaoru, a on reagował na każde jej zagranie czysto przyjacielsko ponieważ miał już dziewczynę, razem się śmiali, lecz nagle z ust puchona wydobył się dziwny dźwięk, kaszlnął przeciaglę i zasłaniając usta chusteczką wybiegł z sali do łazienki chłopców.

- A niech to.- zemstował pod nosem, otarł usta z lepkiej krwi i wyrzucił ja do kosza.

Od momentu jak chusteczka wylądowała w koszu sprawy związane z klątwą jaka spoczywała na Kaoru potoczyły się bardzo szybko, myślał, że dłużej wytrzyma, lecz niestety ból był tak duży, że siły wystarczyło mu aby dobiec do dormitorium i tam w samotności znosić straszne męki.

Wakacje dobiegały końca, słońce już o wcześniejszej porze gineło za horyzontem, wieczorami robiło się chłodniej a wiatr nie był już tak ciepły jak ten w lipcu. W miasteczku Weybridge, panowało zamieszanie związane z rozpoczęciem roku szkolnego, rodzice wraz z dziecmi stali w kolejkach w supermarketach aby dokupić swoim pociechom potrzebne książki oraz inne przybory szkolne. Tylko w jednym domu na ulicy Fentimana pod numerem 258 panował stoicki spokój. Ojciec tej własnie rodziny wszedł do domu zmęczony po całym dniu pracy i w towarzystwie swojej jakże zabieganej i pięknej żony i 14-sto letniego syna usiadł do stału, aby zjeść przyszną kolacje. Jak zawsze posiłek jedli w milczeniu mimo, że tym razem ich syn miał do rodziców wiele pytań związanych z nową szkoła do której miał zacząć chodzić od września, ale i tak nie odezwał się ani słowem. Gdy skończyli posiłek Kaoru pozbierał talerze po rodzicach i umył je ręcznie.
- Jutro jedziesz Kaoru.- powiedziała ze stoickim spokojem jego matka, lekko odgarniając brązowe loki z czoła.
- Jutro, ale przecież rok się jeszcze nie rozpoczął.- rzekł Kaoru do matki i spojrzał na lekko zdegustowanego i jakby zmartwionego ojca.
- Tak, pojedziesz tam wcześniej żeby poznać nowych kolegów przed początkiem nauki.- stwierdziła matka i usiadła jego tacie na kolanach, a on objał ja w pasie i złożył na jej ustach pocałunek.
Kaoru wiedział, że ojciec jest przeciwny temu, aby poszedł do Hogwartu szkoły dla czarodzieji, ale chodząc przez te lata do mugolskich szkół wiedział, że jego miejsce jest w innej szkole wśród innych ludzi. Popatrzył chwilkę na rodziców i pobiegł do swojego pokoju na pierwszym piętrze, minął drzwi po lewej, ktore były zamknięte od ponad 6 lat na klucz i wbiegł do siebie potykając się o wielki kufer, który leżał na środku pokoju. Wpadł do niego i wylądował miedzy swoimi nowymi książkami, a ubraniami. Cała ta sytuacja go rozśmieszyła, zaśmiał się i zaczął ponownie pakować swój wielki kufer z ciemnej skóry ozdobiony złotymi inicjałami „K.D.”. Gdy spakował cały kufer, zamknął Crisa w klatce i zasiadł do komputera, wysłał parę maili porzegnalnych do znajomych ze szkoły, którzy przez te lata byli warci uwagi i poszedł spać.

##############################################

Rano przed wyjazdem do jego pokoju wszedł ojciec, wyglądał jakby nie spał cała noc i czyms bardzo się martwił, podszedł do syna i bardzo mocno go uściskał, po czym popatrzył mu w jego czysto zielone oczy i powiedział tak samo melodyjnym i miłym dla ucha głosem jak jego, w którym można było wyłapać nutkę strachu.
- Synu bądź tam ostrożny, nie chciałbym przez czary i magię stracić drugiego syna.- mówił to poważnie, cały czas patrząc w oczy Kaoru.
Na wspomnienie brata Kaoru poczuł na policzku, spływającą samotną ciepła łzę, ojciec otarł mu ją szybko kciukiem i dodał na pożegnanie już weselszym głosem, aby podtrzymać syna na duchu.
- Kaoru pokaż tam wszystkim na co Cię stać.- dodał już z usmiechem na twarzy, objął jeszcze raz syna po czym wszysedł z domu wsiadl na motor i pojechał do pracy do Londynu.
Kaoru zszedł na dól ciągnąc za sobą kufer, a w drugiej ręcę trzymal klatkę z dość dużą grafitową sową, matka staneła przed nim na chodniku wyciagnęła rękę i pomachała nia dwa razy po kilku sekundach na oczach Kaoru ukazał się dość duży czerwony autobus. Pożegnał się z matką, wsadził bagaże do środka i już pędził z zadziwiającą prędkością do Hogwartu, w którym miał nadzieje spotkać ludzi, którzy będą jego przyjaciółmi na całe życie.

#############################################

Kiedy Błedny Rycerz zatrzymał się przed bramami szkoły, słońce chyliło się ku zachodowi, oświetlając swoimi ostatnimi promieniami piekny i monumentalny zamek oraz rozciagające się jak okiem siegnąć szkolne błonia. Promienie zachodzącego słońca odbijały swój już słaby złoty blask od ciemnej tafli jeziora. Widok był piękny Kaoru stał tak przez chwilę i wpatrywał się w piekno tego zjawiska, które będzie mógł obserwować od dzisiaj każdego dnia. Skierował się w stronę głównego wejścia, gdy znalazł się na wielkich kamiennych schodach, obrocił się w stronę błoń i słońce całkowicie zniknęło za horyzontem. Kaoru uśmiechnał się do siebie i przeczesał dłonią swoje ciemno brązowe włosy wymodelowane na artystyczny nieład, które po dość zwariowanej podróży zasłaniały mu jego piękne mocno zielone oczy. Na sobie miał oczywiście czarną szatę z wolnym miejscem na godło któregos z domów, czarne wypolerowane buty oraz czarne jeansy, gdy tak stał i się rozglądał podszedł do niego wysoki starzec z długą srebrną brodą.
- Witaj w Hogwarcie jestem tutaj dyrektorem.-powiedział poważnym tonem przyglądając mu się zza okularów.
- Witam ja jestem Kaoru Dubois.- powiedział i uśmiechnął się radośnie.
- Pojdziesz teraz ze mną do gabinetu, potem zjesz kolacje w wielkiej sali przy stole swojego domu.- powiedział i ruszył przed siebie, wskazał reką także moje bagaże machnał na niego, aby je zostawił i Kaoru ruszył za dyrektorem do jego gabinetu.
Gdy wszedł do tego gabinetu, aż szczęka opadła mu z wrażenia, gabinet był bardzo duży, ale nie posiadał pustego miejsca. Na ścianach wisiały ruchome obrazy jakiś starców rozmawiających ze sobą, grających w karty lub szachy. W gabinecie znajdowała sie również wspaniale zaopatrzona biblioteczka i półki pozapychane setkami książek. Na środku pokoju stało ogromne, solidnie zrobione machoniowe biórko oraz po jego lewej stronie stała duża gałąź na której siedział czerwono-pomarańczowy feniks. Kaoru był tak oczarowany pokojem w którym się znalazł, że w ogóle nie słuchał dyrektora. Poczuł tylko, że wkłada mu coś na głowe a po chwili znów to coś ściąga i usłyszał końcówkę zdania.
- … w takim razie będziesz nosił godło z borsukiem, twoim domem jest Hufflepuff.- powiedział dyrektor i wręczył mu godło z borsukiem.
Zaaferowany tą całą nową sytuacją starał się trafić do wielkiej sali, zanim ją odnalazł mineło około 30 minut, w końcu wszedł usiadł przy stole puchonów i zaczał zajadać się udkami z kurczaka, talarkami z ziemniaków polanych pysznym śmietanowo-paprykowym sosem, gdy skończył sięgnął jeszcze po budyń waniliowy z syropem wiśniowym, a to wszystko popił kubkiem soku z dyni. Gdy zjadł zmartwił się bo nie wiedział gdzie znajduję się jego pokój wspólny, a jeszcze gorsze bylo to, że nie znał hasła. Siedział tak przy stole żółtych przysłuchując się rozmową innych uczniów, nie odezwał się ani słowem. W końcu po zjedzeniu dwóch kolejnych puddingów zauważył dwie puchonki idące w stronę wyjścia poszedł za nimi. Idąc starał się zapamietać drogę, ale że schody raz jechaly w lewo a raz w prawo nie udało mu się to, na szczęście udało mu się nie zgubić dziewczyn po drodze gdy wszedł za nimi do pokoju wspólnego lekko się do nich uśmiechnął i rozejrzał się dokoła. Salon puchonów, był bardzo przytulny Kaoru od razu go polubił, w lewym kącie znajdował się kominek w którym skakały płomyczki pomarańczowo-złotego ognia. Było tam wiele foteli i jedna duża kanapa, a także stoliki okrągłe na kawe, ale i jednosobowe biórka do nauki. Popatrzył się w górę i ujrzał dwie pary drzwi w te po prawej weszły dziewczyny więc on beż zastanawiania się dłużej wybiegł na półpiętro i wszedł do drzwi po lewej. Wiele łóżek w dormitorium chlopców było jeszcze wolnych, więc zajął to najbliżej okna i nieprzebierając się nawet położył się na nim i zasnął.


  • RSS